Siwa, gęsta broda, bujna czupryna, błękitne oczy i postawna sylwetka- każdy miałby tylko jedno skojarzenie- istny MIKOŁAJ! Jednak ubiór starszego pana- szara koszula, spodnie w kancik i ewidentna złość- w oczach, mocno zaciśnięte usta, zdecydowanie odróżniały go od tego sympatycznego, świątecznego jegomościa. Pan Mikołaj nie wzbudzał aż tak ciepłych uczuć, jak ten, który przynosi podarki w wigilijną noc. A wręcz przeciwnie- odbierano go jako surowego, wymagającego, lekko złośliwego mężczyznę. I niestety tej złośliwości nie można było zrzucić na karb wieku… Pan Mikołaj był „taki” od 7 lat… to wtedy zginęła pani Łucja- żona pana Mikołaja.

Starszy pan ze wstrętem spojrzał na list, który leżał na stoliku…

„Drogi Panie Mikołaju… Tato…

Adaś nie wie, że piszę do Ciebie, uwierz mi! Wiem, że pewnych spraw nie można wyjaśnić w zwykłym liście, w kilku słowach. Dlatego PROSZĘ! Niech da mi Tato szansę i poświęci mi choć kilka minut… W „Cynamonce” podają teraz pyszny, świąteczny piernik z konfiturą śliwkową (moją ulubioną 😊 ) i gorącą czekoladę- może skusi się Tato… Zapraszam, proszę… Może wtorek o 16? BARDZO ZALEŻY MI NA ROZMOWIE Z TOBĄ TATO… Będę czekała!

                                                                                – Twoja „nowa córka”- Lusia”

Pan Mikołaj już od godziny siedział tak i patrzył na ten list… A im dłużej to robił, tym większa wzbierała w nim złość…  Nagle wstał, bez słowa zgniótł kartkę i cisnął nią przed siebie. Szybkim krokiem przemierzył salon. W przedpokoju założył zimowe buty, zarzucił na siebie kurtkę, szalik i wyszedł. Nie obyło się rzecz jasna bez trzaśnięcia drzwiami. Pan Mikołaj tak mocno „zamknął” drzwi, że aż jeden z obrazków, które wisiały w przedpokoju spadł i potłukł się. Huk zatrzaskiwanych drzwi zagłuszył dźwięk tłukącego się szkła, więc starszy pan nie słyszał, z jakim impetem wyszedł z domu. Ale wtedy zupełnie nic go nie obchodziło, poza nim samym, jego smutkiem, jego złością, jego uczuciami… Choć pan Mikołaj widział to zupełnie inaczej- przecież chodziło o Łucję! O nią!

– Teraz już wszystko rozumiem- mówił ze złością nad grobem swojej ukochanej żony.- Stąd te kwiaty. A ja głupi myślałem, że Adam pamięta, jak lubiłaś białe róże… I żadne tam sztuczne! Tylko żywe… Jak ona może! Jak śmie! Nie ma prawa! Ta, ta… dziewucha! Ale Adam nie lepszy- pewnie jej powiedział! W sumie mam nadzieję, że jak opowiadał, to wszystko, ze szczegółami!

Podniesiony głos pana Mikołaja zwrócił uwagę ludzi, którzy przyszli na cmentarz.

– Czy coś się panu stało?- pan Mikołaj usłyszał za swoimi plecami.

Stał za nim młody ksiądz, który z pewnością zaniepokojony stanem i krzykami starszego pana, podszedł i chciał upewnić się, że dobrze się czuje…

– A…nie, wszystko w porządku. Po prostu nie życzę sobie, żeby KTOŚ zostawiał na grobie mojej żony białe róże- jeszcze w emocjach, zupełnie bezwiednie odpowiedział pan Mikołaj.

– Rozumiem…  Pani Łucja musiała być wyjątkową kobietą. A takich osób nie sposób zapomnieć… Wie pan, że mam wyjątkowy sentyment do tego imienia? Moja babcia też tak miała na imię- była najwspanialszą babcią na świecie- to ona uczyła mnie, żeby patrzeć na ludzi sercem, wychowywała mnie, bo rodzice zmarli, kiedy byłem mały… Babcia Lusia  dobrze znała życie i ludzi, wiele przeżyła, ale zawsze, dla każdego miała dobre słowo…. Po jej odejściu do tej pory spotykam osoby, które podchodzą do mnie i opowiadają, jak wspaniałą kobietą była…Choć minęło 5 lat, odkąd babci nie ma, to często odprawiam msze, które zamawiają ludzie, których znała. Czasem to dość kłopotliwe, bo mam sporo obowiązków na mojej parafii.. Na jej mogile ciągle są znicze, kwiaty, listy… Kiedyś mnie to irytowało, bo cały czas był bałagan, ale nie mogę odbierać nikomu prawa do przeżywania i chęci podziękowań… Ach, rozgadałem się, przepraszam, lecę, bo zaraz południe i „Anioł Pański”… Z Bogiem! I wesołych świąt, to już za kilka dni!

Pan Mikołaj jeszcze chwilę stał osłupiały słowami księdza. Zaskoczyło go, że ktoś zupełnie obcy podszedł z troski i do tego opowiedział „pół życia”. Od dawna tak się nie poczuł- ważny dla kogoś. Choć było to zupełnie przypadkowe spotkanie! Ostatnio sam dbał o swoje sprawy. Nie oczekiwał od nikogo niczego. Był jeszcze sprawny, silny, sam potrafił wiele rzeczy. Nawet z gotowaniem szło mu coraz lepiej. Może nie był mistrzem, jak jego Łucja, ale jajecznica i żurek w wykonaniu pana Mikołaja to były dzieła sztuki kulinarnej!

– Co ja mam zrobić Łucjo?- emocje tego dnia były zdecydowanie za silne, jak na serce i duszę tego 65- latka.

Pan Mikołaj nie chciał przyznać sam przed sobą, że słowa tego młodego księdza, zrobiły na nim aż takie wrażenie… Szczególnie utkwiło mu to, że nie można nikomu odbierać prawa do przeżywania żałoby i podziękowań… Czuł, że nadchodzi czas zmian… A zmiany nie zawsze są miłe… Te, które ostatnio spotykały pana Mikołaja do takich z pewnością nie należały- wypadek i śmierć Łucji, potworny ból i tęsknota, kłótnia z Adamem, jej konsekwencje i lata samotności… Wszystko, co zaburzało codzienność mogło przywołać wspomnienia szczęśliwych lat z żoną i synem- tego pan Mikołaj najbardziej się bał… Żałował, że tak szybko mijał ten szczęśliwy czas, był przekonany, że przyszłość nie może być już tak piękna, jak było to dawniej… No a teraz- Adam ożenił się z tą dziewuchą! Wbrew jego woli! Związanie się z dziewczyną, która wychowywała się w domu dziecka, było według pana Mikołaja bezczeszczeniem pamięci Łucji! Przecież zginęła pod kołami auta, które prowadził pijany wychowanek tej instytucji! Tak się syn odwdzięczył matce za te wszystkie lata miłości, wychowania, za dar życia! Tego pan Mikołaj pojąć nie umiał, a właściwie nie chciał… I jeszcze ona śmie pisać, zwracać się do niego „tato”, prosić o spotkanie?! Tego już za wiele! Jednak wahał się czy nie iść- takie listy, kartki, zdjęcia przychodziły ostatnio do pana Mikołaja dość często. On twardo milczał. Był pewny, że nie przestaną go dręczyć- powinien kategorycznie zabronić jakichkolwiek kontaktów- i to osobiście.

– A więc dobrze, powiem ci dziewczyno do słuchu, żebyście się ode mnie odczepili, raz na zawsze! Sama tego chciałaś- jutro o 16 się spotkamy- po raz pierwszy i ostatni!- postanowił.

„Cynamonka” była jedną z ulubionych kawiarenek pani Łucji. Odkąd ją otworzyli na rynku, co roku, w grudniowe wieczory lubili się delektować tam gorącą czekoladą i piernikiem z konfiturą śliwkową. Zajmowali fotele przy kominku i cieszyli się świąteczną atmosferą. Jak Adaś był mały, to pomagał nawet paniom kelnerkom ubierać choinki w „Cynamonce”. Łucja często doradzała w świątecznych aranżacjach, a pan Mikołaj czuwał nad światełkami- częste awarie prądu i gaśnięcie lampek nie miały dla niego żadnych tajemnic- zawsze potrafił naprawić wszelkie „nagłe sytuacje”. Ale odkąd Łucji zabrakło i pokłócił się z Adamem o tę dziewczynę, to raczej rzadko tam zaglądał. Tylko na Wigilię zamawiał piernik ze śliwkową konfiturą. Ale ostatnio dostarczał go kurier, bo wiele osób z miasteczka chciało na swoich świątecznych stołach mieć smakołyki z „Cynamonki” i nie było już czasu na miłe, świąteczne rozmowy przy kominku w kawiarence…

We wtorek śnieg sypał aż miło. Był lekki mróz, więc biały puch nie zdążył się stopić i zamienić w paskudną breję. Ludzie spieszyli się do domów, robili zakupy. Na rynku działał już od początku grudnia jarmark świąteczny. Pachniało piernikami i choinką… Czuć było, że Boże Narodzenie już za kilka dni… Pan Mikołaj, przemierzając udekorowanie, świąteczne uliczki aż lekko uśmiechnął się pod wąsem- przypomniał sobie, jak to miło wybrać się na grudniowy spacer po miasteczku… Jednak zaraz przypomniał sobie, dlaczego musiał wyjść z domu i dobry humor prysł w mgnieniu oka… Mężczyzna zamaszyście otworzył drzwi kawiarenki. I nagle- czas się cofnął… Pachniało cynamonem, kawą i piernikiem ze śliwkami… W oknach wisiały girlandy z bombek, mieniły się lampki. Kawiarniane stoliczki ozdobione były małymi wianuszkami z jodły i szyszek. Było miło i przytulnie. Tylko jeden stolik był zajęty- większość gości wpadnie zapewne około 19, po pracy, po roratach… Za ladą uśmiechała się młoda dziewczyna- kelnerka.

– Dzień dobry. Proszę się rozgościć. Może pan wybrać sobie miejsce, gdzie będzie panu wygodnie- wskazała ręką salę.

Pan Mikołaj od razu poszedł w stronę kominka. Na półce stała ozdoba, którą zawsze podziwiali w „Cynamonce”- dziadek do orzechów. Adaś jeszcze się nim bawił, jak był mały… Uwielbiał historię „Dziadka do orzechów”. Co roku chodzili do teatru na ten balet, a muzyka sprawiała, że Święta były magiczne! Przy kominku stały 2 fotele- te same, w których siadali Łucja z Mikołajem… Oszołomiony mężczyzna zajął jeden z nich. Ciepło kominka miło rozgrzewało, a zmarznięte, blade policzki nabrały rumieńców. Pan Mikołaj nie mógł oprzeć się tej atmosferze, tym zapachom… Uśmiechał się po raz kolejny do własnych myśli. Nie zauważył, kiedy sąsiedni fotel zajęła młoda dziewczyna. Miała złote włosy, związane w gruby warkocz. Orzechowe oczy błyszczały, jak u dziecka w wigilijną noc, kiedy wypatruje pierwszej gwiazdki.

– Witaj święty Mikołaju…- szepnęła. – Dziś to ja będę miała dla ciebie podarek…

Zaskoczony mężczyzna wpatrywał się w dziewczynę. Targały nim sprzeczne emocje- radość z cudownych wspomnień, zaskoczenie, zauroczenie tą niezwykłą dziewczyną, która niczym anioł w złotych włosach zjawiła się przed nim i złość, z którą tu przyszedł. Wszystko to sprawiło, że nie mógł z siebie wydusić nawet słowa. Wiedział, co chce powiedzieć, ale po prostu nie mógł… Orzechowe oczy dziewczyny, pełne blasku- tylko to widział- oczy Łucji!

– Dziękuję, że jesteś…- odezwała się dziewczyna.- To ja- Lusia… Rozumiem, że musiało cię tato wiele kosztować to, że tu przyszedłeś… To naprawdę bardzo dużo dla mnie znaczy… Czekolada na osłodę i mój ulubiony piernik z konfiturą śliwkową może pozwolą choć troszkę osłodzić to, co nas czeka?

Lusia podsunęła panu Mikołajowi talerzyk z kawałkiem świątecznego ciasta. Obok postawiła filiżankę z czekoladą. Mężczyzna nadal siedział bez słowa. Lusia odebrała jego milczenie jako barierę. Nie chciała się poddawać. Wiedziała, że kolejna szansa może się już nie powtórzyć. Może nic z tego spotkania nie wyjdzie, może Adam być na nią zły, że tak się naraża. Jednak Lusia pokonała w swoim życiu tak wiele przeszkód, że dobrze wiedziała, że każdą szansę trzeba wykorzystać w100%! Starała się psychicznie przygotować na tę trudną rozmowę, która równie dobrze mogła okazać się monologiem. Wiedziała, że będzie kosztować ją mnóstwo emocji, może nawet i łez wylanych oczywiście w domowym zaciszu, jednak nie chciała dać za wygraną. Przeżyła w Londynie egzamin z neurologii u profesora Nellsa, więc chyba nic gorszego spotkać jej nie może…

– Nie gniewaj się za te wszystkie listy, kartki, zdjęcia… Chciałam, chcę…chcemy, żebyś uczestniczył w naszym życiu. Będę starała się mówić w miarę szybko, żeby wszystko wyjaśnić… Jak pewnie wiesz wychowałam się w domu dziecka. Moi rodzice nigdy mnie nie chcieli- oddali mnie, by móc spełniać się w swoim życiu- nałogowym piciu i ćpaniu. Chyba całkiem nieźle im szło, bo nie dożyli moich drugich urodzin. I decyzja o oddaniu mnie w tym przypadku okazała się bardzo mądrą decyzją… W bidulu nie było łatwo.  Trzeba było walczyć o swoje terytorium. Nie miałam wielkich szans, żeby ktoś mnie zaadoptował, bo ludzie po prostu bali się zabrać dziecko „ćpunów i alkoholików”. Jakbym miała we krwi tę samą drogę, którą wybrali moi biologiczni rodzice. Szczęśliwie alkohol i narkotyki, które zażywała matka, nie wpłynęły na moje zdrowie fizyczne ani psychiczne. Chyba nawet pomogło mi to wszystko, bo od zawsze wiedziałam czego chcę- opiekować się innymi, kochać… Swoją drogę widziałam w nauce- jeśli mogę coś sobie zawdzięczać, to właśnie wykształcenie i życiową zaradność.

Lusia zaczęła swoją opowieść…

– Międzynarodową maturę zadałam w wieku 16 lat. Studiowałam medycynę w Londynie. To były trudne lata- musiałam pogodzić naukę z pracą, bo nie było mnie stać na akademik. Nie dostałam, jak niektórzy, finansowego wsparcia. Skromne fundusze, które moje ciocie z domu dziecka zbierały przez cały rok wystarczyłyby tylko na kilka miesięcy… Rano leciałam do szpitala, a potem pracowałam w knajpach, „na zmywaku”- wbrew pozorom to doskonała praca- ciężka fizycznie, jednak języka nauczyłam się właściwie tam. W weekendy opiekowałam się też dziećmi. I to uświadomiło mi, że chcę być pediatrą. Zostało tylko pokochanie kogoś… Trudne doświadczenia sprawiły, że wierzę w siebie, jestem odważna i nie boję się walczyć o szczęście… I wtedy, do Londynu, na wymianę studentów, przyjechał Adam… Poznaliśmy się w szpitalu. Miałam dyżur, a on przyjechał z  Maćkiem- kolegą, który spadł z konia i złamał bark. Jak się okazało „poleciało” też kilka żeber i Maćka czekał dłuższy pobyt w szpitalu. Adam odwiedzał przyjaciela codziennie. Jak się potem okazało- przychodził też i do mnie… Troska, uśmiech, nienaganne maniery, doskonałe wykształcenie, nie wspominam już o tym, jak bardzo Adam jest przystojny- one przede wszystkim sprawiły, że pokochałam go… Byliśmy tacy szczęśliwi! Tylko jedna rzecz nie dawała nam spokoju… Ten straszny wypadek… Adaś opowiadał mi, jak to wszystko wyglądało… Jak bardzo to tato przeżywałeś, co mówiłeś i myślałeś o dzieciach z domów dziecka… Miałeś do tego prawo… Jednak nie wszyscy są tacy. Ktoś, kto wychował się w domu dziecka nie jest gorszy, nie może mieć piętna przestępcy! Każdy z nas ma prawo do szczęścia, a to, jaką wybiera drogę, to zupełnie inna sprawa. Ja wybrałam tę, na której spotkałam miłość. Mieliśmy nadzieję, że gdy zobaczysz, że twój syn jest szczęśliwy, że jest kochany prawdziwie, mocno, odmieni się twoje zdanie… Dzień naszego ślubu, który powinien być jednym z najszczęśliwszych dni w życiu człowieka nie do końca taki był… Choć wysłałam ci zaproszenie i po cichu liczyłam, że może choć na chwilę się zjawisz, to nie przyszedłeś. Powiedziałam potem Adasiowi o tym zaproszeniu, ale on wściekł się okropnie. Pokłóciliśmy się wtedy bardzo… Bałam się, że stracę mężczyznę, którego tak bardzo kocham… Obiecałam, że więcej tak nie zrobię… Widziałam jednak, widzę, jak bardzo Adam cierpi… – Lusia na chwilę przerwała.- Ja też ryzykuję wiele, ale zależy mi na tych, których kocham i zrobię dla nich wszystko…wszystko… Może do życia podeszłam zbyt ambitnie, chciałam pokazać, że taki dzieciak z bidula też może coś osiągnąć, że nie jest skazany na życie poza nawiasem społeczeństwa, że może odnosić sukcesy, realizować się, a przy okazji być wrażliwym człowiekiem… Wiem, że Adam jest ze mną szczęśliwy. Choć mnie nikt nie uczył miłości to wiem, że to potrafię. To płynie z serca… I…nie gniewaj się, że mówię do ciebie „tato”- tak bardzo bym chciała, żebyś był moim tatą, tatą, którego nigdy nie miałam… Wiem, że gdzieś tam, pod tym grubym, szarym swetrem jest serce, które pragnie miłości i potrafi prawdziwie kochać… Adaś bardzo za tobą tęskni tato, potrzebuje cię…Ja cię potrzebuję… I… Jest jeszcze ktoś, kto też twojego serca potrzebuje….

Lusia ujęła dłoń pana Mikołaja i przyłożyła do swojego brzuszka. Dopiero teraz mężczyzna zorientował się, że Lusia spodziewa się dziecka… Jego wnuczka! Albo wnuczki! Poczuł wyraźnie, że maleństwo poruszyło się.

– Ja…ja… nie wiedziałem, to nie tak… to wszystko nie tak…- pan Mikołaj nie wiedział, co powiedzieć. To, czego właśnie doświadczał było czymś wręcz magicznym… Nie czuł tego tak dawno! To było to samo „uczucie”, kiedy po raz pierwszy spotkał swoją Łucję i spojrzał w jej orzechowe oczy, kiedy przytulał się do brzucha Łucji, kiedy oczekiwali na Adasia, kiedy zobaczył po raz pierwszy swojego nowonarodzonego syna… i teraz, kiedy „poczuł” to maleństwo… Łzy szczęścia płynęły po policzkach mężczyzny.

– Zuzanka bardzo chce mieć swojego dziadka- Mikołaja, cudownego, wesołego, kochającego, chodzącego na spacery, pokazującego świat, rozpieszczającego do granic możliwości…

– To dziewczynka… Mam wnusię… Zuzię….- powtarzał wciąż oszołomiony pan Mikołaj.- Moja Łucja mówiła, że jak mielibyśmy córkę, to tak miałaby na imię…

– Zuzia…- dokończyła Lusia.- Wiem…

– Dziecko drogie… jakim ja jestem starym głupcem- mówił łamiącym się głosem pan Mikołaj.- Wiesz, nawet nie znajduję słów, żeby powiedzieć coś na swoje wytłumaczenie… Zamknąłem się w sobie w swoim cierpieniu, uważałem, że tylko ja mam prawo do żalu po śmierci Łucji… Adam mnie potrzebował, ale nie było mnie obok… Nie wiem, czy da się jeszcze naprawić to, co się stało, nie cofnę czasu, ani słów, które wtedy powiedziałem… Jak bardzo ból może zaślepić człowieka….

– Ale mama Łucja jest z nami cały czas- jest w tobie, w Adasiu, w Zuzi…. Nawet trochę we mnie, bo i ja mam przecież Łucja na imię- Lusia to przecież zdrobnienie…

-Adaś ma wielkie szczęście, że spotkał tak wspaniałą kobietę. Z resztą nie mogło być inaczej, skoro ma na imię Łucja- powiedział z wielkim wzruszeniem mężczyzna.

Pan Mikołaj porwał Lusię w objęcia. Dawno nikogo nie przytulał. A tak bardzo potrzebował miłości- chciał znów kochać i być kochanym. Widać magia grudniowych dni i miłość potrafią zmienić serce nawet najbardziej zatwardziałych mężczyzn. A jeśli do tego dodać gorącą czekoladę i piernik z konfiturą śliwkową, to mamy już świąteczny cud…


Written by ania.chrzanowska

Leave a Comment