Kochani!

Dziś będzie jeszcze więcej „prywaty”, niż to zazwyczaj bywa- bo przecież dzielenie się swoim życiem na blogu, to trochę wystawianie się na świecznik.

Do napisania tego artykułu skłoniły mnie refleksje po lekturze opowiadań z książki J. Canfielda i M.V. Hansena „Balsam dla duszy”, a właściwie obudziły uśpione spostrzeżenia… Do tego dołączyły się oczywiście ostatnie wydarzenia w szkole Karola i „nerwówkę” przed końcem roku szkolnego… Choć w szkole nie pracuję jakiś czas, to uważam, że przede wszystkim jako RODZIC, mam prawo do głośnego mówienia swojej opinii. Jestem też nauczycielem i przez ten krótki czas naprawdę niewiele się zmieniło, a śmiem twierdzić, że- NIC…

Chciałabym, żebyście teraz wykonali pewne ćwiczenie. Zamknijcie oczy. Przywołajcie najmilsze wspomnienie ze szkolnych lat. A teraz pomyślcie o tym najmniej przyjemnym… I jak? Poczuliście ogromny stres w tym drugim przypadku? Czy to wspomnienie nie wiąże się z osobą nauczyciela? Z pewnością generalizuję, bo przecież sytuacji szkolnych jest mnóstwo, jednak większość z nas te przykre momenty wiąże z osobą pedagoga… Miłe, być może, częściej związane są z klasą, rówieśnikami, jakimiś mniej „szkolnymi” wydarzeniami- wycieczką, kinem, rozmową na przerwie… Z chęcią poczytam o Waszych doświadczeniach.

Chcę skupić się teraz na tym mniej przyjemnym wspomnieniu. Zobaczcie, że gdyby głębiej się zastanowić, to chyba w szkole powinno być inaczej- gdybyśmy byli odpowiednio motywowani, to moglibyśmy osiągnąć dużo więcej. Gdyby ktoś zobaczył, że fantastycznie gotujemy, dekorujemy, budujemy z klocków, wyklaskujemy rytm, uśmiechnął się do nas, kiedy mamy smutną minę, pochwalił nasz rysunek na pracy klasowej z matmy (bo nic już nie wymyśliliśmy i zadanie po prostu nie dało się rozwiązać, więc „z nudów” zaczęliśmy rysować na pracy), powiedział, że mamy śliczne oczy, że mamy ładną dykcję, wspaniałą wyobraźnię…- mogłabym wymieniać w nieskończoność- to takie „drobiazgi” spowodowałyby, że nawet większe trudności szkolne, przeszlibyśmy łatwiej? I szczególnie jest to rolą nauczyciela, by wzbudzać empatię, motywować, chwalić za najdrobniejsze sprawy, patrzeć INDYWIDUALNIE na swoich wychowanków…

Kiedy pracowałam w szkole, w gimnazjum i szkole podstawowej (mam doświadczenia z różnych szkół i niestety w każdej było to samo!), to przyznam, że zawsze, jeśli nie miałam dyżuru, wolałam poczekać w sali lekcyjnej lub porozmawiać z uczniami… Kiedy tylko przekraczałam próg pokoju nauczycielskiego, słyszałam- „debile”, „roszczeniowa postawa”, „znów do tych głąbów idę”… ciągłe narzekania, utyskiwania, ciągle „ciśnięcie”, bo przecież nie można żyć bez wiedzy jak obliczać pole trapezu, czym charakteryzuje się budowa komórki zwierzęcej, odmiany czasowników nieregularnych… Jasne! Wiedza jest ważna, tylko trzeba rozbudzić w uczniu w odpowiedni sposób CHĘĆ zdobywania wiedzy! Nie każdy będzie lekarzem, prawnikiem, naukowcem… Jestem idealistką i wierzę, że mądry pedagog powinien wspierać ucznia i umiejętnie pomóc mu, żeby dobrze rozpoznał swoje mocne strony. Bez wsparcia RODZICÓW jest to wręcz niemożliwe, bo dziecko uczy się przede wszystkim w DOMU! Szkoła ma tę edukację i wychowanie wspierać.

I teraz, przypominając sobie te czasy, kiedy pracowałam, mając na uwadze, co przeżywa Karol tuż przed zakończeniem roku szkolnego i wspomnianą książkę, rzuca mi się tylko jedno określenie- KRÓTKOWZROCZNOŚĆ… Jak łatwo jest przeoczyć coś, co dla dziecka jest ważne… Jak łatwo jest ocenić, na podstawie jednej, gorszej oceny i skomentować postawę- jesteś nieukiem, poprzewracało ci się w głowie, ty? na 4? to kpina!, Siadaj! 1!… Jak łatwo jest wykorzystać fakt, że to „ja jestem nauczycielem i u mnie więcej niż 3 mieć nie będziesz”…

Bardzo poruszyły mnie opowiadania ze wspomnianej książki- „Balsam dla duszy”, a szczególnie te, które znajdują się w rozdziale „Nauka”- bo dotyczą pracy w szkole… Zaczęłam zastanawiać się czy przypadkiem ja nie byłam kiedyś krótkowzroczna, czy przypadkiem lub celowo nie wykorzystałam faktu, że „jestem nauczycielem”… Bardzo chciałabym wiedzieć, że NIE… A na te „rozkminy” powinni odpowiedzieć moi Uczniowie i Ich Rodzice…

Opiszę Wam też pewną sytuację, którą przeżyłam jako wychowawca 1. klasy gimnazjum. Otrzymałam kolejne wychowawstwo, po absolutnie CUUUUDOWNEJ KLASIE 😀 !. Nowy zespół klasowy był naprawdę wyzwaniem dla nauczycieli. Gimnazjaliści nie za bardzo mieli ochotę „zgłębiać tajniki wiedzy”, a przy tym byli dość głośni, często skarżyły się moje koleżanki, że „przeszkadzają na lekcji”, „nie słuchają”, „dużo opuszczają”, „ich zachowania są nieadekwatne do sytuacji”… Przyznaję, łatwo nie było- trzeba było wiele cierpliwości… Co tydzień miałam „spacery” do dyrekcji, telefony, wzywanie rodziców, opiekunów prawnych… Bardzo chciałam „ułożyć” ich. Wiedziałam, że na olimpijczyków nie ma za bardzo co liczyć (piszę to jak najbardziej pozytywnie!), ale żeby byli zmotywowani do chodzenia do szkoły, żeby zobaczyli, że choć mają „ciężko” w domu, to szkoła może być alternatywą. Że nawet, jeśli ich bliskim ta dorosłość za bardzo nie wychodzi, to wcale nie znaczy, że im w życiu ułoży się podobnie! Zbliżał się grudzień… Koleżanka, która była wychowawczynią klasy 2. otrzymała wiadomość, że jeden z jej uczniów jest bardzo chory- ma raka… Był to ciężki czas dla całej społeczności gimnazjum… Leczenie Mateusza (tak na imię ma ten chory chłopiec) było koszmarnie drogie. Jego rodzice sprzedali sklep, który prowadzili, żeby zdobyć pieniążki. Moi Wychowankowie nigdy nie widzieli, nie znali tego ucznia- był starszy od nich o rok i od początku roku szkolnego nie pojawił się w szkole, ze względu na swoją chorobę. Zwyczajowo, w grudniu, w szkołach organizuje się „Mikołajki klasowe”. Zastanawiałam się nad delikatnym rozwiązaniem tej kwestii, bo rodzin moich uczniów nie było stać na wydatek 20 zł przed Świętami na prezenty mikołajkowe w szkole… Kiedy w końcu poruszyłam ten temat na godzinie z wychowawcą i poprosiłam o przemyślenie tej kwestii, stało się coś ABSOLUTNIE NIESAMOWITEGO!!! Kiedy tak mówiłam o tych Mikołajkach, o prezentach, moi Uczniowie robili coraz większe oczy… W pewnym momencie przez głowę przeszła mi myśl- czy oni powinni być w „normalnej” szkole…. Jak tylko skończyłam mówić, odezwała się jedna z Uczennic. Mówiła głosem całej klasy- oni nie chcieli Mikołajek i prezentów, a pieniążki, które mogliby przeznaczyć na tę zabawę, chcą oddać na leczenie starszego kolegi… To ta klasa, okrzyknięta już we wrześniu- najgorszą klasą w szkole, sprawiającą najwięcej kłopotów wychowawczych, z uczniami, którzy wcale się nie uczą i w dzienniku są w większości oceny dopuszczające- ONI- chcieli podzielić się tym, czego i tak sami za dużo nie mieli… POPŁAKAŁAM SIĘ… To był CUD… Zebrali te pieniążki, jako JEDYNA klasa w szkole! Sami! Mimo, że inni dowiedzieli się o tej „akcji”, nie zachowali się podobnie. Kwota nie była zawrotna- około 400 zł. Podejrzewam, że nie wystarczyło nawet na jeden zastrzyk, który musiał brać Mateusz… Wiem od Mamy Mateusza, że dzięki temu wsparciu mogli RAZEM spędzić Święta w szpitalu, całą rodziną (ponieważ Mateusz musiał leczyć się w Warszawie, a jego rodzice nie mogli pozwolić sobie na częste przyjazdy…). Oczywiście „mały Mikołaj” odwiedził moich Uczniów i coś słodkiego znaleźli pod choinką, podczas naszej, wspólnej, klasowej Wigilii. Ale chyba Oni sami otrzymali najwspanialszy prezent- wiedzieli, że swoją empatią, dobrocią sprawili Mateuszowi i Jego rodzinie niespodziankę, a poza tym wszyscy nauczyciele i inni uczniowie szkoły trochę inaczej zaczęli na nich patrzeć…. Ta sytuacja nie zmieniła ocen semestralnych, ani nie zniknęły inne „problemy wychowawcze”, ale zaczęła się droga tych młodych ludzi, droga, żeby być dobrym, wrażliwym człowiekiem… Bo chyba to jest ważne w życiu… Ta podstawa, od której zaczęli, wierzę głęboko, że będzie im zawsze przypominała (szczególnie w trudnych momentach życia), że warto być dobrym, że takie doświadczenie zdobyli w SZKOLE… Nie chcę sobie przypisywać „sukcesu wychowawczego”, bo to była decyzja klasy. W swojej pracy zawsze podkreślałam, szczególnie podczas jednej z klasyfikacji, że „jeśli moi Uczniowie będą pamiętali o rodzajach dopełnień, że będą prawidłowo odmieniali rzeczownik „Amerykanin”, to będę szczęśliwa, ale chciałabym przede wszystkim, żeby w szkole nauczyli się empatii, otwartości, mądrej tolerancji i asertywności, żeby rozpoznali swoje zdolności i je rozwijali…”

Takie refleksje mnie naszły… Wiem, że sporo dziś do czytania Wam zaserwowałam, ale może wśród Was Kochani też są Nauczyciele, Uczniowie, Rodzice? Podzielcie się swoją opinią, będzie to dla mnie szczególnie ważne 😀 .

Całuję Was gorąco w tym „gorącym okresie szkolnym”.

Ania

Written by ania.chrzanowska

Leave a Comment