Jesień 😀 !

Cudowna, złota, deszczowa, pachnąca… Wiecie dobrze o tym, że kocham każdą porę roku i każą pogodę- zawsze można robić lub znaleźć w niej coś pozytywnego. No bo czy leżenie pod kocykiem, z ciepłą, aromatyczną herbatką, albo kawką, bądź kieliszkiem wina 😀 , dobrą książką, przy boku Ukochanego, gdy za oknem leje deszcz, jest mgła i jest zimno- nie jest przyjemne? Właśnie w takich „ponurych” dniach, kiedy niestety pogoda nie pozwala, żeby spędzać czas na jej łonie, upatruję czasu, który możemy wykorzystać na „bycie” z bliskimi… Każdy rodzic wie, jak ważny jest ten dobrze spędzony z dzieckiem czas- a takie dni właśnie nam to umożliwiają! Życie przynosi różne niespodzianki- oczywista oczywistość- dlatego nie ma nic ważniejszego, niż dobrze wykorzystany czas z rodziną!

Zapraszam Was na „literacką”, jesienną przechadzkę wraz z Kaśką- główną bohaterką opowiadania.                        Miłej lektury 😀 !

JESIEŃ
– KAWA Z CYNAMONEM –
Jest 7 rano. Siedzę sobie na moim własnym, osobistym tarasie. Słoneczko przyjemnie grzeje, choć nie jest to taka temperatura, jak jeszcze parę tygodni temu. Mnie to właśnie bardzo odpowiada- nie muszę uciekać przed palącymi promieniami. Delektuję się smakiem kawy z cynamonem, którą zrobił mi mąż. Choć on jej nie pija, to rytuałem się stała poranna kawa dla mnie. I żadna inna nie smakuje tak cudownie! Ach, i poranny całus oczywiście do kawy. Rozkoszuję się widokiem jeszcze zielonej łąki. W dali widać powoli zmieniający kolory las. Jak tu nie kochać jesieni! Nawet jak pada deszcz, jest chłodno i jak to zwykle przyjęło się mówić jest „buro i ponuro”. Postanowiłam nie poddawać się takim nastrojom, choć czasem nie jest to łatwe. Szczególnie, kiedy nie wszystko układa się po mojej myśli… Mam już ciut więcej lat, bo powoli zbliża się czas na zmianę kodu na 4 z przodu, ale wciąż dostaję lekcje od życia… No i gdzie ta moja „życiowa mądrość i doświadczenie”, o które posądzają mnie rodzina i przyjaciele??? To było pytanie retoryczne, bo obawiam się, że nawet za te kilka, kilkanaście lat (przynajmniej mam taką nadzieję, że będę miała tyle czasu) ciągle będę zadawała sobie to pytanie. I nie chodzi o to, że nie uczę się na błędach, ale czasem człowiek potrzebuje przypomnieć sobie, co jest w życiu ważne, a co- WAŻNIEJSZE.
Nam, kobietom wydaje się, że musimy tyyyle spraw dźwigać na swoich barkach, że nikt lepiej niż my „nie ogarnie” codziennych spraw. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo się myliłam. Patrzę w lustro i…no dobra, może nie jestem smukłą łanią, która lekko stąpa, ledwo dotykając ziemi, ale kurczę, do „strongmana” też mi daleko. Od ostatnich Świąt tak wiele się zmieniło. A dlaczego teraz o tym piszę? Bo po prostu- potrzebowałam tego czasu, żeby się zrestartować, nacieszyć „zwykłymi” rzeczami. Jeszcze rok temu mój normalny, przeciętny dzień wyglądał tak… Pobudka o 5:30, spacer z psem, szybki prysznic, szykowanie śniadania dla naszej czwórki- męża, dzieci- Michał lubi tosty z mozzarellą, a Julka ze zwykłym serem żółtym, ale bez laktozy i odtłuszczone- nastolatka… Ach, jeszcze drugie śniadanie dla dzieciaków do szkoły, a dla nas- szybka i mocna kawa na pobudkę. Rano zawsze jest zamieszanie i nerwówka, bo dzieciaki trudno „zwlec” z łóżek. No więc z takim lekkim podenerwowaniem zaczynałam dzień… W pracy- jak zwykle ciągłe narzekania, że znów ten Dawid z 5c coś zmalował, że od 2 tygodni Michalina nie pojawiła się w szkole, że trzeba jakieś sprawozdanie z czegoś tam napisać, że rada, że zebranie, że dopiero zaczął się rok szkolny, a już wszyscy mają dosyć… Wracając z pracy wpadałam po zakupy do sklepu, kupowałam potrzebne rzeczy i ogromnymi siatami wdrapywałam się na 3 piętro. Szybki obiad- po Michałka do szkoły, żeby nie siedział za długo na świetlicy, bo przecież ma dopiero 9 lat. Plecak ciężki, więc ja nosiłam… i znów na to 3. piętro… Obiad, odrabianie lekcji… Przychodzi Julka- cała we łzach- bo Weronika nie chciała z nią siedzieć na lekcjach, a to przecież najlepsza przyjaciółka… Marek wrócił z pracy- podgrzewanie obiadu, szybka rozmowa, ach, przecież trzeba wyjść z psem! No to szliśmy na pół godziny do parku, ustalaliśmy, co następnego dnia, co w najbliższy weekend, jakie prezenty na urodziny ciotki Małgorzaty trzeba kupić, żeby nie urazić (bo zestaw ręcznie robionych mydełek od dzieci był „faxpax” i haftowany obrus był zbyt „wiejski”…) I zgrzyt- kłótnie o rodzinę wychodzą nam najlepiej… Od rana podminowana, teraz to już wybuchałam jak bomba- co z tego, że na spacerze… No i wieczór z głowy… I od rana znów to samo…. Mijały tak dni, tygodnie, miesiące… z poniedziałku robiła się niedziela, a potem był kolejny poniedziałek, z września nagle robił się listopad, a już za parę dni- z przerażeniem zerkałam w kalendarz- grudzień i znów ŚWIĘTA- o losie- znów „trzeba” z rodziną i „trzeba” się uśmiechać… Tego było chyba już za dużo…
No i nadszedł ten „magiczny czas”- zaczął się grudzień… Zamiast śniegu lał deszcz i Boże Narodzenie zapowiadało się jak zwykle- „zielone”. Kiedy wyobraziłam to sobie, to stwierdziłam, że ktoś, kto wymyślił tę nazwę musiał wyjątkowo „lubić” Święta… Zbliżała się Wigilia, a my dopiero mieliśmy jechać po zakupy. Dobrze, że mama i siostra wzięły na siebie część potraw, bo inaczej z niczym nie zdążyłabym… A niby w szkole pracuję tylko 18 godzin… 5:30- alarm w telefonie- 18 grudnia- witaj dniu! Oby cię jakoś przetrwać… Dziś tylko do 13- dam radę. Poranna nerwówka i jeszcze parę godzin, a skończy się dzień- nie jest źle… Jeszcze siatki na to nasze 3. piętro wtaszczyłam, ale kiedy usiadłam na chwilę na kanapie, to już ruszyć się nie mogłam. Poduszka wyciągała do mnie swoje ręce… No dobra, na chwilę tylko położę na niej głowę, bo może wtedy przestanie boleć… Obudził mnie zapach rosołu, a może mi się to śniło??? O, taki rosołek, jak babcia robiła…z kluseczkami własnej roboty… i pietruszką…
– Mamo, mamo….- ktoś chyba mówił do mnie.
Starałam otworzyć się choć jedno oko, ale nie było to łatwe- jakby mi ktoś posklejał powieki. Co się dzieje! Nie do końca przytomna próbowałam podnieść się, ale nie dawałam rady!
– Leż kochanie, odpoczywaj. Masz tu rosołek na wzmocnienie. Byłoby dobrze, żebyś zjadła, póki ciepły- ten głos poznałam. To Marek, mój mąż. Czy ktoś mi wyjaśni o co tu biega??? Nie potrafiłam skupić swoich myśli. No fakt, głowa bolała mnie jeszcze bardziej, może to dlatego???
– Mamuś, leż- to Julka.- Zrobiłam ci rosołek. Tata zrobił zakupy. No makaronu to nie zdążyłam zrobić, ale może na weekend mi się uda. Michaś już zrobił lekcje, dopilnowałam. A tata nawet odkurzył i śmieci wyniósł.
Kurczę czy to też mi się śniło? Jakoś te moje oczy otworzyłam, ale musiałam wyglądać naprawdę zabawnie, bo Marek i Julka parsknęli śmiechem.
– Jest 18- wyprzedził moje pytanie o godzinę mąż.- Chyba powinnaś iść do lekarza, bo masz gorączkę, wypieki i coś przez sen mówiłaś o jasełkach? W szkole robisz? Wiesz, chyba chora tam nic nie zdziałasz, więc zadbaj o siebie. O nas się nie martw- jesteśmy przecież super załogą.
– Aj, aj kapitanie!- zasalutowała Julka. -Dobra, tato, nie męczmy już mamy. Przynieś tabletki przeciwbólowe i herbatę, dajmy mamie odpocząć.
Wyszli z pokoju. Dotknęłam ręką czoła- było gorące jak żelazko! Powoli docierało do mnie, że chyba naprawdę się rozłożyłam… Może to ta kichająca na wszystkie strony pani w tramwaju mnie zaraziła…albo coś złapałam, jak parę dni temu wyszłam z domu z psem bez czapki i szalika??? Co to ma za znaczenie teraz- chora jestem i tyle! A w pracy? Jasełka za pasem! Marysia miała przygotować muzykę… Michaś potrzebuje prezentu na klasową Wigilię… Julka musi mieć skrzydła anioła do swojego przedstawienia! Marek- białej koszuli na spotkanie na zarządzie firmy! O nie, nie zdążę zrobić pierników- za późno, pewnie wyjdą za twarde i będzie można zęby na nich połamać! Nie wspominam już o pierogach z grzybami na naszą Wigilię- dla 10 osób!!! Próbowałam się podnieść i usiąść na łóżku… Chyba w moich plecach był jakiś magnes, bo bezradnie opadłam na poduszkę… chyba okno ktoś otworzył, bo nagle zrobiło mi się bardzo zimno…
Za bardzo nie pamiętam, co działo się dalej, bo żyłam na granicy jawy i snu… Jedno jest pewne- rozchorowałam się, całkiem poważnie… I to tuż przed Świętami. Miałam taką gorączkę, że nawet nie byłam u lekarza. To lekarz przyjechał do mnie- dobrze mieć szwagierkę internistę. Można powiedzieć, że zapadłam w zimowy sen, bo budziłam się tylko wtedy, kiedy miałam wziąć lekarstwa. Miałam światłowstręt i odrzucało mnie od wszelkich zapachów…bardzo martwiłam się tymi przygotowaniami do Świąt, że dzieci nie dopilnowałam, że trzeba Michałka odbierać ze szkoły, nie wspominając już o takich zupełnie przyziemnych sprawach- pranie, sprzątanie, zakupy, spacery z psem…. A gdzie prezenty??? Mijały dni, ja nie czułam się lepiej, gorączka nie chciała spaść i w ogóle czułam się, jakby sił mi ubywało z każdą sekundą… Serio, przeżywałam istne męki… Śniły mi się latające pierogi ze skrzydłami aniołów, nasz pies- Kapsel, który latał saniami Mikołaja, choinka, która szyderczo się śmiała i pożerała pierniki!!! Koszmar!!! Chyba dopiero ukłucie strzykawki mnie „ocuciło”. Musiałam już dożylnie przyjmować antybiotyk, bo „normalne” tabletki nie działały.
– Kaśka, słuchaj, tyle, ile masz siły- słyszałam głos szwagierki- Moniki- weź się kobieto ogarnij! Majaczysz przez sen o jakiś pierogach i piernikach. Moja diagnoza jest następująca i powiem ci tak nieskomplikowanie- twój organizm po prostu przez tę chorobę krzyczy- wyhamuj! Wiesz, że nie musisz wszystkiego robić sama? Że Marek został w domu, żeby zająć się tobą? Julka i Michaś, choć martwią się o ciebie, to świetnie sobie pomagają, Julka odbiera go ze szkoły na zamianę z Markiem. Dom aż lśni. Kapsel chyba w życiu tak się nie wybiegał jak ostatnio, bo Julka chodzi z nim na spacery praktycznie non stop! Chyba się zakochała, bo z Oskarem chodzi na te spacery. To tak w skrócie. A ty, jeśli nie dopuścisz, to wróżę ci baaaardzo szybko, że wylądujesz na oddziale szpitalnym na Święta. Masz wybór- albo w końcu przestaniesz się zamartwiać o cały świat, albo zapraszam do szpitala.
No, nie było to łatwe do przełknięcia. Później jeszcze usłyszałam, że za bardzo wyręczam wszystkich, a szczególnie Michałka i Marka. Że to faceci i mają dużo więcej siły niż ja. Że Julka jest w trudnym wieku i zamiast codziennych kanapek do szkoły, których i tak nie je, bo przecież jest na diecie, to ona potrzebuje mamy- wsparcia, rozmowy, babskich zakupów i usłyszenia, że jest śliczna. Marek trochę się rozleniwił, przeze mnie oczywiście, a przecież kosz na śmieci nie parzy. Podobnie jak smycz Kapsla, szczotka, odkurzacz… To duży chłopiec i też może czasem zrobić sobie kanapkę, używając noża. To był przełomowy moment. Monika miała rację- przecież zamiast być dla moich bliskich wsparciem, tak naprawdę unieszczęśliwiałam ich, bo za bardzo ich wyręczałam i skupiałam się na trochę mniej ważnych rzeczach. Kurzy w biblioteczce nie trzeba czyścić co 2 dni, a jak nawet po kątach będą się snuły Kapslowe kłaczki, to też świat się skończy! Liczy się rozmowa, wspólny posiłek przy stole, a nie w biegu, razem obejrzany film… Trzeba było naprawdę wysokiej gorączki, żebym to sobie uświadomiła, no i rozmowy, a właściwie monologu Moniki.
Cynamonowa kawa prawie się kończy… Zaraz będzie czas na „obchód” naszej działki, zajrzę czy posadzone niedawno roślinki przyjęły się. Moje myśli wracają do tych wyjątkowych Świąt… Wszystko oczywiście się udało- Julka zaprosiła Oskara i razem robili pierniczki, a Michaś je ozdabiał. Marek może i pierogów sam nie ulepił, ale zamówił w zaprzyjaźnionej knajpce caaaały stos- z grzybami, kapustą, szpinakiem i łososiem- do koloru do wyboru. Julka tak wkręciła się w te wypieki, że sama upiekła tort piernikowy. I muszę przyznać, że był pyszny! Moja córka powiedziała, że zawsze patrzyła, jak ja przygotowuję potrawy wigilijne i miała w końcu okazję zrobić to sama. Byłam z nich tak dumna! Ba! Cały czas jestem z nich dumna! W rodzinie siła! Ten świąteczny czas był dla nas wyjątkowy, bo w końcu odpoczęliśmy, wyleżeliśmy się w łóżku, wyśmialiśmy się i po raz 100 obejrzeliśmy „Kevina…”. Kiedy poczułam się lepiej, wspólnie ustaliliśmy, jakie kto ma obowiązki. Zyskałam nawet tyle czasu, żeby w końcu zacząć kurs językowy. Kiedy trzeba być silnym- to trzeba, a czasem konieczne jest, żeby poczuć się jak mała dziewczynka i dać się zaopiekować sobą innym…
– Chodź, przejdziemy się po naszych włościach Kochanie- Marek bierze mnie za rękę i razem, wspólnie idziemy powolutku na spacer…

 

Zbieżność zachowań bohaterów- zupełnie przypadkowa 😀 . Dziękuję Wam za cierpliwość i łagodne podejście, gdyż to mój „pisarski” debiut na blogu 😀 . Lubię pisać, o czym pewnie wspominałam, ale baaaardzo się wstydzę „pokazywać” szerokiej publiczności. Wiem, że to brzmi bardzo naiwnie i głupio, ale ja naprawdę zdaję sobie sprawę, że Jamesem Joycem nie jestem 😀 . W każdym razie mam nadzieję, że opowiadanie/ felieton podobał się Wam.

Pozdrawiam cieplutko

Ania&Chłopaki

Written by ania.chrzanowska

Leave a Comment